Po co komu bałwan

(tapeciarnia.pl)152022_balwan_cylinder_szalik_snieg-1920x1200Wyliczam: przyjdzie – nie przyjdzie, kocha – nie kocha. Wyliczanka nie ma końca, bo zamiast tradycyjnego obrywania kwiatka z płatków (gdzie tu zimową nocą znaleźć kwiaty do destrukcji?), liczę płatki śniegu. Za dużo tych płatków, za szybko spadają, nie dam rady wyliczyć czy kocha, czy nie. A płatki wirują, tańczą i oblepiają moją nieruchomą postać. I stoję taka zziębnięta, romantyczna bałwanka, bo może jednak kocha i przyjdzie. Tylko czy odczytał zostawione znaki, znajdzie okruszki, które prowadzą do mnie, a które śnieg systematycznie zasypuje.

Czy też okaże się bałwanem, ale bałwanem bez romantyzmu, bez intuicji. Potrzebującym syntetycznego głosu nawigacji, który zaprowadzi go do celu, potrzebującym dokładnej instrukcji, planu rozpisanego punkt po punkcie oraz uzasadnienia dla spontanicznej, śnieżnej randki.  I zamiast w słup soli zamieniam się w kulę śniegową.

I widzę, że mój kochanek toczy się daleko, na horyzoncie, toczy się jak kula śnieżna. I oczywiście rozgląda się bezradny, bo miasto oszczędza na energii, lampy palą się na przemian – ta zgaśnie, tamta się zapali. A ja, śnieżna bałwanka, wtapiam się w śnieg, jestem ze śniegu, zamieniam się w lód. Ruszyłam w jego stronę. Toczymy się do siebie, dwie kule śnieżne, coraz większe i większe. Nabieramy rozpędu.  Łączymy się, przymarzamy do siebie.
Gdyby ktoś jeszcze dołączył do nas – taka randka we troje – moglibyśmy udawać prawdziwego bałwana. Trzy kule, jedna na drugiej. A potem zmienić pozycję – druga pod trzecią a pierwsza nad nimi. Ale jak zaprosić w tym mieście kogoś do tak libertyńskiej zabawy? Nie uchodzi. Tu związki partnerskie, nawet te heteroseksualne są podejrzane. To jest miasto dla małżeństw, najlepiej konkordatowych. Tu się z ludzi bałwana nie zrobi?

audrey

Szybki rytm przedświąteczny

udane_zakupyprzyśpieszam kroku, pcham nerwowo wózek i wrzucam, dorzucam, ładuję, dopycham, i jeszcze to, i tamto, i – o właśnie miałam po to sięgnąć – a tu mi tyczkarz jakiś o rękach jak z gumy rozciągliwych, przed nosem, przed okiem, przed wywieszonym językiem

bo tyle tego już nabrałam, naściągałam, nawspinałam się na palce, naschylałam się, gnąc wpół, jak w ukłonach dla bożka konsumentów, no tyle tego przez moje ręce przeszło, kilogramy, miliongramy, tonaże

i język wypada zza zębów, bo walka o oddech i jeszcze językiem może bym mogła sięgnąć do tego towaru, bo rąk za mało, tu wózek, tam słoik, tu paczka, więc może językiem, ale gdzie tam, tyczkarz o rękach jak z gumy, a może i nie tyczkarz a raczej koszykarz, bo blokuje całe moje metr siedemdziesiąt na obcasach, no blok klasyczny

i nie dosięgnę, nie dostanę, nie będę posiadaczką super świątecznej promocji , limitowanej edycji, specjalnie przygotowanej dla klientów tej właśnie sieciówki, i jak to, ostatnia sztuka, a ja, ja nie kupię, nie dostanę, nie przyniosę do domu super ekstra niepowtarzalnej okazji za pół ceny

i koszyk taki pusty nagle, czarna dziura w nim, czarna dziura we mnie się otwiera, bo nie zdążyłam, nie dobiegłam, nie doskoczyłam, nie dopchnęłam się, nie dołożyłam do koszyka, do innych super limitowanych towarów-czarów- prawie darów, bo za pół darmo przecież

i jak ja teraz do bagażnika, a potem do domu z tym koszykiem prawie pustym, bo bez tej okazji sprzątniętej mi sprzed nosa, sprzed wywieszonego języka, przez tyczkarza-koszykarza z gumowymi łapskami, jak ja teraz wrócę,  czym półki, lodówki zapełnię, czym nakarmię, dokarmię, zaczaruję na święta

biedne, głodne moje kochanie

audrey

Mandarynki

mandW sklepie kupujemy mandarynki. Znowu spadł śnieg.  Mróz chyba zelżał, ale i tak chowamy się do sklepu i szukamy owoców rodem z klimatów tropikalnych. Mandarynki, mandarynki.

Tylko trzeba przyjść wcześniej, bo tak jak teraz, po pracy, późnym popołudniem, to najlepsze owoce dawno już zostały  przekartkowane. W siatkach, reklamówkach zaniesione do domów. Potem ktoś je obierał. W samotności albo i nie. Przyglądał się im, zastanawiał, kroił na mniejsze kawałki, wyciskał soki, próbował językiem, smakował.

Nam zostają resztki. Kilka pomniejszych kartonów, w których tłoczą się pomarszczone owoce, przekrzywione te kartony, chylą się tak, że przez chwilę mam ochotę zdjąć te wszystkie płaszcze, kurtki i czapki, włożyć na siebie odpowiedni do sklepu strój roboczy i ustawić wszystkie jak wieża pizza kartony w jednym, niekołyszącym się pionie.

I myślę jeszcze, ale dlaczego nam wybrano, schowano, ukryto lub zakopano przed nami te owoce? Dlaczego późnym popołudniem a nawet tuż przed zamknięciem sklepu nie doczekamy się jednej, świeżej mandarynki nawet gdybyśmy tutaj rozebrali się do naga na znak protestu.

I wtedy właśnie gdzieś na horyzoncie sklepu, gdzie kasy się kleją do klientów, a klienci przylegają do kas, widzę Audrey. Podchodzi, uśmiecha się z daleka i mówi: a ty osiołku, to dlaczego tak stoisz tutaj przy tych mandarynkach? Stoisz jak na balu, na którym nie szczególnie czujesz się atrakcyjny i przez te swoje samopoczucie odrzucasz od siebie wszelkie możliwe tańce, znajomości, rozkosze.  A ja w tym czasie zajrzałam do wszystkich lodówek, zamrażarek i półek, wybrałam, przejrzałam, mam cały koszyk. A ty? Tutaj? Co robisz? I już nawet nie czeka na odpowiedź. Jednym gestem wszystkie moje zmarszczenia i rewolucyjne myśli łagodzi. No chodźmy już – mówi – wybiegniemy stąd w śnieg, w poniżej zera temperatury i schowamy się przed wystrojem sklepów, które późnym wieczorem kuszą nas tropikami, ale w rezultacie nie mają do zaoferowania tej gorączkowej feerii barw.

Chodź, wybiegniemy stąd. Nie spóźnimy się, Nie musimy tutaj tak stać. Będziemy sami dla siebie mandarynkami. Soczystymi i słodkimi. Chodźmy stąd.

collage

Tchnienie lata w środku zimy

Jacuzzi_previewOczywiście, do kalendarzowej zimy jeszcze dwa tygodnie. Ale nikt nie zaprzeczy, że na dworze zima. Mróz, śnieg i lód. I jak tu uprawiać miłość, jak tu przekonywać do seksu, namawiać do bliskości? Żeby chociaż miasto miało jakąś maleńką oranżerię, gdzie pośród soczystej zieleni można by się poprzytulać i poczuć namiastkę lata. Albo palmiarnię ze szkła i stali – koniecznie w stylu secesyjnym, bo secesja jest bardzo seksi. W gorącym, tropikalnym powietrzu, pośród bananowców, motyle zaczęłyby szybko głaskać brzuchy zakochanych.  Ale Wschowa nie ma swojej ciepłej wyspy, nie ma gorącego źródła, które ogrzewałoby zziębniętych i melancholijnych mieszkańców. Nie ma nawet starej, przedwojennej pięknej altany, która niegdyś zdobiła ogródek jordanowski – ogródka zresztą też już nie ma. Jest parking.

Jeżeli nawet mamy ciepło w domach a na ścianach wiszą zdjęcia z wycieczek na tropikalne wyspy. Albo mamy fototapety, które od dawna już są passe, ale co tam – kochamy tropiki – a przecież na tle imitacji oceanu tak wesoło pląsają rybki w akwarium. Jeżeli nawet mamy domowe jacuzzi albo ogromną wannę dla dwóch osób. Nic nie pomoże. Zamykasz oczy, rozbierasz się w łazience nagrzanej tak, że zaparowały lustra i czekasz, aż spojrzenia kochanka rozświetlą twoją skórę, rozgrzeją jak promienie letniego słońca. Ale nic z tego, bo pod powiekami masz obraz zabrudzonego śniegu, a pod stopami zamiast ciepłego piasku czujesz zimne kafelki – zupełnie jak oblodzone wschowskie chodniki. Starasz się jeszcze wykrzesać choć jeden obraz ciepły, radosny, niedepresyjny. Może zielony? Jest. Choinka wstawiona do fontanny na zrewitalizowanym Rynku.

I ochota na seks już zupełnie uciekła.

audrey

Chipsy, tkanka tłuszczowa i seks

Lubię jego ciało. Nie przeszkadzają mi delikatne fałdki na brzuchu. Przyjemnie jest głaskać jego skórę, zmiękczoną warstwą tkanki tłuszczowej. Miło jest czuć jego ciężar i obserwować jak balansuje ciałem, żebym poczuła się komfortowo a nie jak podduszony kurczak. Te kilka dodatkowych kilogramów sprawiło, że wygląda jak przyjazny miś z dobranocki – ciepła i miękka przytulanka, która daje mi poczucie bezpieczeństwa.

Nie marudzę więc o zmianę diety, ograniczenie kalorycznych i niezdrowych czipsów, które tak uwielbia, nie nakłaniam na sporty ekstremalne, albo jakiekolwiek inne sporty wyczynowe.

Nie proszę nawet żeby zaczął grać w gry zespołowe. No bo jak tu we Wschowie w wieku pomłodzieńczym zebrać drużynę piłki nożnej, koszykówki czy siatkówki? Siłownia? Odpada. Basen? Kto miałby czas na dojeżdżanie do Leszna. Rower, bieganie – sporadycznie, to owszem, ale żeby tak systematycznie, choćby co tydzień, to już brak samodyscypliny.

I tak mój misiu robi się co raz bardziej puchaty i miękki. I tylko żal mi tych kocich, elastycznych ruchów, które kiedyś tak mnie w nim urzekły. Tej sprężystości, z jaką podchodził do mnie, gracji z jaką ze mną tańczył.

Podobno trudno jest mężczyźnie we Wschowie znaleźć dla siebie ofertę uprawiania sportu, z której chciałby skorzystać mój miś. Pozostaje seks, który świetnie stymuluje mięśnie, a i wymaga sporo energii, wytrącanej z tkanki tłuszczowej. No i odstawimy samochód do garażu. Do pracy mój miś będzie od jutra jeździł rowerem. A po zakupy będzie chodził pieszo.

Dorzucę mu jeszcze stałe dyżury przy myciu okien, podłóg i schodów… Może jednak odnajdzie swoją pasję pośród oferty wschowskich instytucji zajmujących się sportem albo sam skrzyknie drużynę podwórkową? Byleby to nie była wyłącznie gra w szachy.

audrey