Miasto jest mi wrogie

1963472-monitor-serca-z-odczytem-bpm-nakladanego-na-poczatku-linii

Karmię go ulubionym tiramisu, ale nie zwraca uwagi na delikatny smak deseru.  Nie zauważa w kieliszku wina – specjalnie na ten wieczór kupionego, mocno schłodzonego. Patrzy na mnie, a jednak przeze mnie.

Moja koronkowa bielizna, specjalnie dobrana pod kolor wina w kieliszkach, kontrastująca z kremową skórą, nie zostaje w ogóle zauważona.

Mogę się rozebrać do naga i nic, żadnej reakcji. Mogę się ubrać w stary dres i wyjść pobiegać i nic, bez jakiegokolwiek komentarza.

W jego oczach odbijają się słowa, wirują, przelatują i pojawiają się następne.   Zmarszczka na czole się pogłębia, usta zaciskają.

Czyta o mieście, niepokoi się o miasto, próbuje opowiedzieć o mieście, stara się je naprawić. Miasto, zbudowane z wirtualnych słów, hiperłączy, obrazków wciąga go całego.

Już nie ma mojego collage. Jest zafrasowany komentator, bloger, aktywista. Wchodzi w interakcję z innymi  zafrasowanymi komentatorami, blogerami i aktywistami.

Ze mną nie chce.  Nie ma czasu dla mnie. Nie ma czasu na seks. Nie ma czasu na wino ze swoją dziewczyną.

Miasto mi go zabrało. I dlatego muszę z tym miastem walczyć. Naprawić, dokręcić poluzowane śrubki, przemalować na żywsze barwy, uczynić  je przyjaznym. Żeby wygładzić zmarszczkę na jego czole, rozluźnić zaciśnięte szczęki. I zobaczyć znów miłość w jego oczach. Do mnie, nie do miasta.

audrey

Gdybym została burmistrzynią

kobietaBurmistrzynią albo chociaż radną. Osobą, która ma realny wpływ na politykę gminy, może tworzyć koalicje, porozumienia, kreować wizje, wdrażać programy. Przeczytałabym wtedy coroczne sprawozdania z działalności gminnych jednostek  i rozliczyła ich dyrektorów z tego, czego tam nie ma.

A nie ma nic o edukacji seksualnej, propagowaniu metody in vitro, zwalczaniu homofobii, zapobieganiu niechcianej ciąży wśród nastolatek.  Za to zbyt wiele jest o składaniu wiązanek pod pomnikami, uczestniczeniu w mszach, drogach krzyżowych, a nawet rozdawaniu pączków – w ramach tzw.  działalności kulturalnej.

Zamiast pączków, ckir mógłby rozdawać prezerwatywy. W mieście, w którym rodzicami zostaje coraz więcej niepełnoletniej młodzieży, każdy sposób zapobiegania niechcianej ciąży – a przy tym i chorobom przenoszonym drogą płciową – jest dobry.

W czytelni miejskiej mogłaby się odbyć publiczna debata o dofinansowaniu metody in vitro. Skoro Wschowa co i raz nazywana jest miastem emerytów, to zadbajmy o to, by każda rodzina, która chciałaby wychowywać własne dzieci, ale ich mieć nie może, zostałaby wsparta finansowo w próbie z in vitro.

Muzeum przygotowałby świetną wystawę o życiu seksualnym w poprzednich wiekach i w różnych kulturach, pokazując jak różnorodne są wzorce zachowań w tej właśnie dziedzinie życia. Rozszerzając przy tym nasze spojrzenie na sferę seksu oraz tabu, funkcjonujące w różnych społecznościach, nie  ograniczając się tylko do dominującego poglądu w społecznościach konserwatywno-katolickich.

Wszystkie placówki gminne mogłyby połączyć siły i przygotować projekt „Wschowa – miastem tolerancji”, walcząc z homofobią i uprzedzeniami do mniejszości seksualnych. Poza tym muzeum, biblioteka, ośrodek pomocy społecznej i centrum kultury wdrożyłyby wspólnie plan wyjścia w teren – w miasto, na wieś – z projektami poprawiającymi edukację seksualną mieszkańców gminy. Byłyby happeningi, warsztaty, uliczne spektakle teatralne, ulotki i kondomy.

Ale takie rzeczy we Wschowie, sprawozdania zawierające takie informacje z działalności jednostek samorządowych są tak samo prawdopodobne, jak to, że zostanę burmistrzynią.

audrey

Otwieram wino ze swoją dziewczyną

lektorJest chlapa. I jak tak dalej pójdzie, to blog przerodzi się w zapiski meteopaty i przestanie komukolwiek kojarzyć się ze wstępnymi założeniami autorów strony.  Zresztą, jak mówią co niektórzy – świat się nieustannie zmienia, więc w sumie kto wie. Może zamiast bloga SeksWeWschowie, wspólnie z audrey, przekształcimy stronę w  MeteopaciWeWschowie. Też seksownie brzmi zresztą. Więc nie ma co narzekać.

W tę chlapę w każdym razie do pobliskiego dyskontu. Sam jak palec, bo lepiej, żeby jedno z nas się zachlapało niż oboje. Wtedy tylko jedno wchodząc do domu marudzi, że zimno i nieprzyjemnie, a drugie czeka już z ciepłą herbatą i zarzuca na tego zziębniętego całą masę swetrów, koców i innych, dodatkowych atrakcji.

W pobliskim dyskoncie o tej porze podłoga oddaje całą tę katastrofę pn. chlapa w mieście. Ludzie też raczej zachlapani, chyba, że tak jak ja, podjechali samochodem, co i tak na jedno wychodzi, bo jak nie oni, to ich pojazdy przez zachlapane oceany niosły ich w miasto do pobliskiego dyskontu.

Więc chlapa.

Zakupy raz, dwa. Do koszyka trzy, cztery. Przy kasie, pięć, sześć. Wino, ciasto francuskie i, bo okazja i tanio, Lektor, siedem, osiem.

Wracam. Oczywiście tymi rzekami, jeziorami do audrey, przez zachlapane miasto od rana do wieczora, ale do audrey.

Potem jeszcze schody. Klucze gdzieś w torbie. Potem w zamku i już od drzwi zachlapanym głosem krzyczę, donoszę, pod nosem nucę, że wino ze swoją dziewczyną otwieram, że film Lektor oglądam, że jej ramiona, moja głowa i tak sobie w ten nasz ciepły dom wkraczam na tyle głośno, żeby mnie usłyszała, żeby gdzieś tutaj, zaraz przy drzwiach, była przy mnie. Ale nie. Drzwi otwieram i nic. Ciemno. Głucha noc.

Kiedy nie ma audrey w domu, mieszkanie wydaje się zachlapane, niepełne, mało wyraziste. I jeszcze ja w tym domu bez audrey też taki komiczny nagle się sobie wydaję i jeszcze z tym winem, co to go otwieram ze swoją dziewczyną w jednej ręce, w drugiej z Lektorem. No tak, hmm,  nie najlepiej to wygląda.

Zapalam światło w kuchni i jest, proszę, kartka na stole. Nie mogłam się do ciebie dzwonić, mój drogi, iksińscy zaprosili nas na wino i – nie uwierzysz – kupili w pobliskim dyskoncie Lektora. Przyjdź do nas szybko. Czekamy.

Sprawdzam telefon. Jest, pewnie, że jest. Masa połączeń od audrey, no ale jak człowiek w miasto od rana do wieczora zachlapane się zanurza, to potem są efekty. Zostawiam Lektora na stole. Na kartce dopisuję – idę, biegnę do Ciebie. I nucąc pod nosem, że otwieram wino ze swoją dziewczyną w obecności iksińskich, schodzę piętro niżej, pukam, wchodzę, siadam obok mojej audrey, całuję w ramię, gasną światła, zachlapane miasto umiera, a ja, ja przy mojej dziewczynie obiecuję sobie, że już nigdy w zachlapany wieczór jej nie opuszczę. Trudno. Nie będzie wina i seksu. W takie dni stawiamy na seks bez wina.

collage

foto: filmweb

Kokosowa 100droga

raffPodróżnicy odeszli 100drogą – może na Madagaskar, gdzie nikomu się nie śpieszy, może do Bhutanu, gdzie istnieją rejony pradawnego matriarchatu, a może na zimną, melancholijną Islandię, która bywa  zmienna jak kobieta. A Wschowa, przez trzy dni rozświetlona, kolorowa i bardzo światowa, bo oddychająca atmosferą dalekich, egzotycznych krain, teraz jakby bardziej szara, smutna i mglista.

Mówię do niego – collage, może w mgłę, chmury, deszcz się wyprawimy, rowerami, po brukowanych bocznych drogach, kocich łbach, błotnistych wiejskich ścieżkach. Poszukamy jasnych barw, światła i słońca, gorących nocy, namiętności drgającej w powietrzu. Poszukamy miejsc przyjaznych kochankom.

Proszę – Wyjdźmy za próg, gdzie stopy poniosą; pójdziemy tak daleko, jak daleko ramiona wytrzymają ciężar plecaków; będziemy jak błędni rycerze i rycerki, szukać daleko swojego szczęścia, będziemy jak prawdziwi podróżnicy, złaknieni ciągle nowych miejsc i twarzy. Z każdym krokiem dalej od codzienności , aż codziennością stanie się ciągła zmiana i brak stabilizacji.

Ale mój kochanek tylko się uśmiecha, dotyka mojego policzka i mówi – audrey, mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki. W naszym pokoju mamy cały świat, egzotykę, podróże, tropiki. I szczęście. A nawet naszą prywatną 100drogę.

A ja biorę do ręki kuleczkę słodkiego raffaello i wytyczam wiórkami kokosowymi trasę naszej prywatnej podróży. Rysuję drogę od szyi do pasa po łagodnej dolinie jego pleców, zakreślam łuk ku łopatce, zmierzam do drugiej i znowu w dół, przepływam zatokę jego pasa, wspinam się na wzgórza pośladków. A kiedy kokosowa trasa jest gotowa, przemierzam ją językiem, badam zatoki, smakuję doliny, zachwycam się wzgórzami. A potem jest czas na eksplorację wnętrza kokosowej kuli-ziemi, ale tę przyjemność podróżowania migdałowo-kremowym  wnętrzem ciasteczka po mojej skórze zostawiam już dla mojego kochanka.

audrey

Znowu wyłaniają się z ciemności nasze palce

sensDecydujemy się późną nocą na powrót do bloga. Jakaś widać epidemia w mieście. Ten się reaktywuje, tamten, a jeszcze inny nawołuje: pisać, pisać, pisać. Mówię do audrey: ale my nie musimy się odtwarzać. Nie jesteśmy, dlatego, że piszemy. Jesteśmy, bo tego chcemy. Tym się różnimy od wszystkich urzędników, blogerów, burmistrzów i ich zastępców. To, co od nas zależy, jest między nami. To, na co chcieliby mieć wpływ pozostali, znajduje się często na zewnątrz, poza nimi, dlatego pewnie muszą pisać. My, nie musimy.

Więc zasypiamy przy sobie i ten pomysł, że szkoda tego bloga, żeby tak się poniewierał na strychu i z kąta w kąt przemieszczał.  Pachniemy sobą jeszcze, nie sposób tak się nagle odróżnić. Potrzebujemy czasu, bo przecież jeszcze chwilę temu prawie umknęliśmy, zniknęliśmy, prawie nas nie było tutaj, w tym mieście, o tej porze, dla nikogo. A teraz ten blog. Więc potrzebujemy czasu. Bo jak tutaj zająć się myślą o blogu, kiedy przed chwilą wydawało nam się, a właściwie byliśmy przekonani, że udało nam się nas samych zgubić i byliśmy już nie my, nieznani, niekonkretni, nietrwali.

A teraz, skoro powrót do bloga i trzeba się wymienić opiniami, skoro na nowo się definiujemy i odtwarzamy z niebytu, skoro potrzebna jest decyzja, która wyłoni się z nas dwojga, a nie z nas w chwili, kiedy nie sposób powiedzieć czy to ja jestem audrey czy audrey jest mną. Wszystko to trwa, choć jest jeszcze nietrwałe. Czas się z nami przekomarza. Znowu wyłaniają się z ciemności nasze palce, usta, nosy, ramiona, znowu jesteśmy przy sobie, ale we dwóch odrębnych ciałach, wtedy tak, wtedy możemy zdecydować czy wracać do bloga czy nie. Bo wcześniej nie było na to sposobu.

collage