1 + 1 = 0

Piecdziesiat-twarzy-Greya_E-L-James,images_product,29,978-83-7508-556-3Pewnej soboty młoda studentka bankowości pojawia się w bibliotece publicznej, po dwóch latach przerwy, i pyta ściszonym głosem czy dostanie drugą część „50 twarzy Greya”. Nie, ona nie czytała pierwszej części (no to po co jej druga?), koleżanka jej poleciła, a właściwie to chciała ją wypożyczyć dla innej koleżanki.

No, jeżeli dla koleżanki nie można,  to weźmie ją dla siebie – może jednak sobie przeczyta, chociaż słyszała, że to taka erotyczna szmira jest. Skoro jednak jest dostępna w bibliotece publicznej to chyba nie może być taka zupełnie beznadziejna?  Wschowska biblioteka publiczna nie marnowałaby przecież środków podatników lub ciężko zdobytych dotacji na jakąś denną książkę, no nie?

155x220

Z nerwowego słowotoku studentki, który absorbuje całą uwagę miłej i cierpliwej pani bibliotekarki korzysta nobliwa emerytka, która dyskretnie przegląda najnowszą biografię najbardziej skandalicznego markiza w historii: „Mój chory de Sade. Studium dewiacji i okrucieństwa.”

Patrzę na nią wymownie, bynajmniej nie po to by zawstydzić starszą panią tym, że przyłapałam ją na nerwowym przeglądaniu kart tej książki, ale by zasygnalizować, że biografia, którą trzyma w ręku jest tak samo słaba, jak cykl o Grey’u.  Szkoda czasu na ich czytanie, lepiej już sięgnąć do oryginalnych wydań markiza de Sade.

Wychodzę z biblioteki, myśląc o tym, jaką siłę przyciągania ma erotyzm. Zmobilizował studentkę, omijającą szerokim łukiem książki  do odświeżenia karty bibliotecznej, a panią emerytkę do dłuższego niż zwykle przeglądania kartek.

A że to kiepskie książki, które trudno nazwać literaturą, to już zupełnie inna historia.

audrey

Reklamy

O wyższości formy nad treścią

imagesOtwieram kolejne wino bez swojego chłopaka, który na ulicach słucha pulsu miasta. Zamiast romantycznej kolacji we dwoje, opowiadania ploteczek, odczytywania tajnych kodów naszych ciał wertuję sterty książek z biblioteki – te wypożyczone przeze mnie i przez niego.

Jedna strona półki to nudy, które czyta collage. Nieufnie patrzę na pożółkłe, zakurzone stronice, wydawnictwa nie nowe, a jednak mające kartki sztywne i czyste tak bardzo, że niemożliwe jest żeby ktokolwiek to przedtem czytał.

Co innego moja część półki, pachnąca farbą drukarską. Ich z pewnością też nikt nie czytał, bo to same nowości – pierwsza je ściągnęłam z bibliotecznych półek. Trochę ukochanych horrorów i thrillerów, przeplatanych  fantastyką, psychologią i biografiami.  Oglądam obwoluty, czytam notki, zaglądam do środka. Wącham czy książka pachnie smakowicie, jaki kształt ma czcionka – czy jest tłusta czy eteryczna, sprawdzam jak duże są marginesy i jak rozłożone są spacje.

Niezależnie od treści, forma w której książka jest podana ma nie mniejsze znaczenie dla przyjemności czytania.  Inaczej się czyta tę samą treść na wyblakłych, pożółkłych stronicach. Inaczej na kartkach, gdzie druk wydaje się zaledwie dodatkiem do białego pola rozrośniętych marginesów oraz  pustynnych interlinii, na których litery są cenne niczym oazy. Zupełnie inne doznania towarzyszą czytaniu na tablecie.

Z czytaniem jest tak samo jak z seksem. Jedno i drugie wymagają odpowiedniej oprawy. A zmiana oprawy może zmienić wrażenia,  pobudzić nowe doznania, wzmocnić efekt.  Albo wszystko zepsuć.

Czytasz tę samą książkę kolejny raz i ciągle odkrywasz w niej nowe treści.  Fascynujące, nowe rzeczy.  Męczysz się z polecanym bestsellerem przesłanym linkiem w necie i zastanawiasz się, jak takim gównem można się zachwycać.

Kochasz się z tą samą osobą  tysięczny raz, a jednak masz wrażenie, że robicie to po raz pierwszy.  Ekstaza, pożądanie, zupełne zatracenie.  I niesamowita radość. Wypróbowujesz podobno sprawdzony i pewny numerek, który rozgrzewa najoziemblejszą osobę i nic – nuda, nuda, nic się nie dzieje.

Collage wrócił. Myślę o odpowiedniej oprawie do wybranej przeze mnie treści. Odkładam książkę, uśmiecham się do mojego chłopaka.

Teraz jest czas na seks.

audrey

Wschowska manifa

manifa_2013dPodobno Dzień Kobiet jest passe. A jednak naręcza tulipanów i stos pudełek z czekoladkami, które otrzymałam od bliskich lub znajomych mi mężczyzn przeczą temu stwierdzeniu. No chyba, że w moim otoczeniu znajdują się sami staromodni mężczyźni. Temu znowu przeczyłaby rozpiętość wieku owych mężczyzn – od kilkulatka do prawie stulatka.

Po cichu liczyłam oczywiście na to, że mój ukochany mężczyzna w tym roku wymyśli coś bardziej oryginalnego niż czekoladki i zmywanie po obiedzie. Zmywanie się nie liczy, bo i tak przeważnie to on zmywa. Obiady zresztą też przeważnie on gotuje.

Mógłby na przykład zabrać mnie na jakąś lokalną manifę i ramię w ramię ze mną maszerować i skandować hasła o równouprawnieniu, prawie kobiet do decydowania o własnym ciele, prawie do godnej pracy i zarobków równych zarobkom mężczyzn. Nazbierałoby się tych praw.

Tak, we Wschowie żadnej manify nie było. Ale też jak bardzo mógłby mnie mój mężczyzna zaskoczyć, on i jego koledzy, gdyby spróbowali taką manifę zorganizować.  Dla mnie. I dla wielu innych zaprzyjaźnionych i znajomych kobiet.

A zamiast manify na lokalnym portalu można było przeczytać wypowiedź pewnej prezeski stowarzyszenia, że dniem kobiet nie jest zainteresowana a od feminizmu trzyma się z daleka. Ta mocno konserwatywna, umacniająca chrześcijański patriarchat postawa spotkała się z krytyką czołowego wschowskiego blogera.

I cisza. I po dniu kobiet w naszym mieście.

audrey

Miasto jest mi wrogie

1963472-monitor-serca-z-odczytem-bpm-nakladanego-na-poczatku-linii

Karmię go ulubionym tiramisu, ale nie zwraca uwagi na delikatny smak deseru.  Nie zauważa w kieliszku wina – specjalnie na ten wieczór kupionego, mocno schłodzonego. Patrzy na mnie, a jednak przeze mnie.

Moja koronkowa bielizna, specjalnie dobrana pod kolor wina w kieliszkach, kontrastująca z kremową skórą, nie zostaje w ogóle zauważona.

Mogę się rozebrać do naga i nic, żadnej reakcji. Mogę się ubrać w stary dres i wyjść pobiegać i nic, bez jakiegokolwiek komentarza.

W jego oczach odbijają się słowa, wirują, przelatują i pojawiają się następne.   Zmarszczka na czole się pogłębia, usta zaciskają.

Czyta o mieście, niepokoi się o miasto, próbuje opowiedzieć o mieście, stara się je naprawić. Miasto, zbudowane z wirtualnych słów, hiperłączy, obrazków wciąga go całego.

Już nie ma mojego collage. Jest zafrasowany komentator, bloger, aktywista. Wchodzi w interakcję z innymi  zafrasowanymi komentatorami, blogerami i aktywistami.

Ze mną nie chce.  Nie ma czasu dla mnie. Nie ma czasu na seks. Nie ma czasu na wino ze swoją dziewczyną.

Miasto mi go zabrało. I dlatego muszę z tym miastem walczyć. Naprawić, dokręcić poluzowane śrubki, przemalować na żywsze barwy, uczynić  je przyjaznym. Żeby wygładzić zmarszczkę na jego czole, rozluźnić zaciśnięte szczęki. I zobaczyć znów miłość w jego oczach. Do mnie, nie do miasta.

audrey

Gdybym została burmistrzynią

kobietaBurmistrzynią albo chociaż radną. Osobą, która ma realny wpływ na politykę gminy, może tworzyć koalicje, porozumienia, kreować wizje, wdrażać programy. Przeczytałabym wtedy coroczne sprawozdania z działalności gminnych jednostek  i rozliczyła ich dyrektorów z tego, czego tam nie ma.

A nie ma nic o edukacji seksualnej, propagowaniu metody in vitro, zwalczaniu homofobii, zapobieganiu niechcianej ciąży wśród nastolatek.  Za to zbyt wiele jest o składaniu wiązanek pod pomnikami, uczestniczeniu w mszach, drogach krzyżowych, a nawet rozdawaniu pączków – w ramach tzw.  działalności kulturalnej.

Zamiast pączków, ckir mógłby rozdawać prezerwatywy. W mieście, w którym rodzicami zostaje coraz więcej niepełnoletniej młodzieży, każdy sposób zapobiegania niechcianej ciąży – a przy tym i chorobom przenoszonym drogą płciową – jest dobry.

W czytelni miejskiej mogłaby się odbyć publiczna debata o dofinansowaniu metody in vitro. Skoro Wschowa co i raz nazywana jest miastem emerytów, to zadbajmy o to, by każda rodzina, która chciałaby wychowywać własne dzieci, ale ich mieć nie może, zostałaby wsparta finansowo w próbie z in vitro.

Muzeum przygotowałby świetną wystawę o życiu seksualnym w poprzednich wiekach i w różnych kulturach, pokazując jak różnorodne są wzorce zachowań w tej właśnie dziedzinie życia. Rozszerzając przy tym nasze spojrzenie na sferę seksu oraz tabu, funkcjonujące w różnych społecznościach, nie  ograniczając się tylko do dominującego poglądu w społecznościach konserwatywno-katolickich.

Wszystkie placówki gminne mogłyby połączyć siły i przygotować projekt „Wschowa – miastem tolerancji”, walcząc z homofobią i uprzedzeniami do mniejszości seksualnych. Poza tym muzeum, biblioteka, ośrodek pomocy społecznej i centrum kultury wdrożyłyby wspólnie plan wyjścia w teren – w miasto, na wieś – z projektami poprawiającymi edukację seksualną mieszkańców gminy. Byłyby happeningi, warsztaty, uliczne spektakle teatralne, ulotki i kondomy.

Ale takie rzeczy we Wschowie, sprawozdania zawierające takie informacje z działalności jednostek samorządowych są tak samo prawdopodobne, jak to, że zostanę burmistrzynią.

audrey

Otwieram wino ze swoją dziewczyną

lektorJest chlapa. I jak tak dalej pójdzie, to blog przerodzi się w zapiski meteopaty i przestanie komukolwiek kojarzyć się ze wstępnymi założeniami autorów strony.  Zresztą, jak mówią co niektórzy – świat się nieustannie zmienia, więc w sumie kto wie. Może zamiast bloga SeksWeWschowie, wspólnie z audrey, przekształcimy stronę w  MeteopaciWeWschowie. Też seksownie brzmi zresztą. Więc nie ma co narzekać.

W tę chlapę w każdym razie do pobliskiego dyskontu. Sam jak palec, bo lepiej, żeby jedno z nas się zachlapało niż oboje. Wtedy tylko jedno wchodząc do domu marudzi, że zimno i nieprzyjemnie, a drugie czeka już z ciepłą herbatą i zarzuca na tego zziębniętego całą masę swetrów, koców i innych, dodatkowych atrakcji.

W pobliskim dyskoncie o tej porze podłoga oddaje całą tę katastrofę pn. chlapa w mieście. Ludzie też raczej zachlapani, chyba, że tak jak ja, podjechali samochodem, co i tak na jedno wychodzi, bo jak nie oni, to ich pojazdy przez zachlapane oceany niosły ich w miasto do pobliskiego dyskontu.

Więc chlapa.

Zakupy raz, dwa. Do koszyka trzy, cztery. Przy kasie, pięć, sześć. Wino, ciasto francuskie i, bo okazja i tanio, Lektor, siedem, osiem.

Wracam. Oczywiście tymi rzekami, jeziorami do audrey, przez zachlapane miasto od rana do wieczora, ale do audrey.

Potem jeszcze schody. Klucze gdzieś w torbie. Potem w zamku i już od drzwi zachlapanym głosem krzyczę, donoszę, pod nosem nucę, że wino ze swoją dziewczyną otwieram, że film Lektor oglądam, że jej ramiona, moja głowa i tak sobie w ten nasz ciepły dom wkraczam na tyle głośno, żeby mnie usłyszała, żeby gdzieś tutaj, zaraz przy drzwiach, była przy mnie. Ale nie. Drzwi otwieram i nic. Ciemno. Głucha noc.

Kiedy nie ma audrey w domu, mieszkanie wydaje się zachlapane, niepełne, mało wyraziste. I jeszcze ja w tym domu bez audrey też taki komiczny nagle się sobie wydaję i jeszcze z tym winem, co to go otwieram ze swoją dziewczyną w jednej ręce, w drugiej z Lektorem. No tak, hmm,  nie najlepiej to wygląda.

Zapalam światło w kuchni i jest, proszę, kartka na stole. Nie mogłam się do ciebie dzwonić, mój drogi, iksińscy zaprosili nas na wino i – nie uwierzysz – kupili w pobliskim dyskoncie Lektora. Przyjdź do nas szybko. Czekamy.

Sprawdzam telefon. Jest, pewnie, że jest. Masa połączeń od audrey, no ale jak człowiek w miasto od rana do wieczora zachlapane się zanurza, to potem są efekty. Zostawiam Lektora na stole. Na kartce dopisuję – idę, biegnę do Ciebie. I nucąc pod nosem, że otwieram wino ze swoją dziewczyną w obecności iksińskich, schodzę piętro niżej, pukam, wchodzę, siadam obok mojej audrey, całuję w ramię, gasną światła, zachlapane miasto umiera, a ja, ja przy mojej dziewczynie obiecuję sobie, że już nigdy w zachlapany wieczór jej nie opuszczę. Trudno. Nie będzie wina i seksu. W takie dni stawiamy na seks bez wina.

collage

foto: filmweb

Kokosowa 100droga

raffPodróżnicy odeszli 100drogą – może na Madagaskar, gdzie nikomu się nie śpieszy, może do Bhutanu, gdzie istnieją rejony pradawnego matriarchatu, a może na zimną, melancholijną Islandię, która bywa  zmienna jak kobieta. A Wschowa, przez trzy dni rozświetlona, kolorowa i bardzo światowa, bo oddychająca atmosferą dalekich, egzotycznych krain, teraz jakby bardziej szara, smutna i mglista.

Mówię do niego – collage, może w mgłę, chmury, deszcz się wyprawimy, rowerami, po brukowanych bocznych drogach, kocich łbach, błotnistych wiejskich ścieżkach. Poszukamy jasnych barw, światła i słońca, gorących nocy, namiętności drgającej w powietrzu. Poszukamy miejsc przyjaznych kochankom.

Proszę – Wyjdźmy za próg, gdzie stopy poniosą; pójdziemy tak daleko, jak daleko ramiona wytrzymają ciężar plecaków; będziemy jak błędni rycerze i rycerki, szukać daleko swojego szczęścia, będziemy jak prawdziwi podróżnicy, złaknieni ciągle nowych miejsc i twarzy. Z każdym krokiem dalej od codzienności , aż codziennością stanie się ciągła zmiana i brak stabilizacji.

Ale mój kochanek tylko się uśmiecha, dotyka mojego policzka i mówi – audrey, mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki. W naszym pokoju mamy cały świat, egzotykę, podróże, tropiki. I szczęście. A nawet naszą prywatną 100drogę.

A ja biorę do ręki kuleczkę słodkiego raffaello i wytyczam wiórkami kokosowymi trasę naszej prywatnej podróży. Rysuję drogę od szyi do pasa po łagodnej dolinie jego pleców, zakreślam łuk ku łopatce, zmierzam do drugiej i znowu w dół, przepływam zatokę jego pasa, wspinam się na wzgórza pośladków. A kiedy kokosowa trasa jest gotowa, przemierzam ją językiem, badam zatoki, smakuję doliny, zachwycam się wzgórzami. A potem jest czas na eksplorację wnętrza kokosowej kuli-ziemi, ale tę przyjemność podróżowania migdałowo-kremowym  wnętrzem ciasteczka po mojej skórze zostawiam już dla mojego kochanka.

audrey