O wyższości formy nad treścią

imagesOtwieram kolejne wino bez swojego chłopaka, który na ulicach słucha pulsu miasta. Zamiast romantycznej kolacji we dwoje, opowiadania ploteczek, odczytywania tajnych kodów naszych ciał wertuję sterty książek z biblioteki – te wypożyczone przeze mnie i przez niego.

Jedna strona półki to nudy, które czyta collage. Nieufnie patrzę na pożółkłe, zakurzone stronice, wydawnictwa nie nowe, a jednak mające kartki sztywne i czyste tak bardzo, że niemożliwe jest żeby ktokolwiek to przedtem czytał.

Co innego moja część półki, pachnąca farbą drukarską. Ich z pewnością też nikt nie czytał, bo to same nowości – pierwsza je ściągnęłam z bibliotecznych półek. Trochę ukochanych horrorów i thrillerów, przeplatanych  fantastyką, psychologią i biografiami.  Oglądam obwoluty, czytam notki, zaglądam do środka. Wącham czy książka pachnie smakowicie, jaki kształt ma czcionka – czy jest tłusta czy eteryczna, sprawdzam jak duże są marginesy i jak rozłożone są spacje.

Niezależnie od treści, forma w której książka jest podana ma nie mniejsze znaczenie dla przyjemności czytania.  Inaczej się czyta tę samą treść na wyblakłych, pożółkłych stronicach. Inaczej na kartkach, gdzie druk wydaje się zaledwie dodatkiem do białego pola rozrośniętych marginesów oraz  pustynnych interlinii, na których litery są cenne niczym oazy. Zupełnie inne doznania towarzyszą czytaniu na tablecie.

Z czytaniem jest tak samo jak z seksem. Jedno i drugie wymagają odpowiedniej oprawy. A zmiana oprawy może zmienić wrażenia,  pobudzić nowe doznania, wzmocnić efekt.  Albo wszystko zepsuć.

Czytasz tę samą książkę kolejny raz i ciągle odkrywasz w niej nowe treści.  Fascynujące, nowe rzeczy.  Męczysz się z polecanym bestsellerem przesłanym linkiem w necie i zastanawiasz się, jak takim gównem można się zachwycać.

Kochasz się z tą samą osobą  tysięczny raz, a jednak masz wrażenie, że robicie to po raz pierwszy.  Ekstaza, pożądanie, zupełne zatracenie.  I niesamowita radość. Wypróbowujesz podobno sprawdzony i pewny numerek, który rozgrzewa najoziemblejszą osobę i nic – nuda, nuda, nic się nie dzieje.

Collage wrócił. Myślę o odpowiedniej oprawie do wybranej przeze mnie treści. Odkładam książkę, uśmiecham się do mojego chłopaka.

Teraz jest czas na seks.

audrey

Reklamy

Wschowska manifa

manifa_2013dPodobno Dzień Kobiet jest passe. A jednak naręcza tulipanów i stos pudełek z czekoladkami, które otrzymałam od bliskich lub znajomych mi mężczyzn przeczą temu stwierdzeniu. No chyba, że w moim otoczeniu znajdują się sami staromodni mężczyźni. Temu znowu przeczyłaby rozpiętość wieku owych mężczyzn – od kilkulatka do prawie stulatka.

Po cichu liczyłam oczywiście na to, że mój ukochany mężczyzna w tym roku wymyśli coś bardziej oryginalnego niż czekoladki i zmywanie po obiedzie. Zmywanie się nie liczy, bo i tak przeważnie to on zmywa. Obiady zresztą też przeważnie on gotuje.

Mógłby na przykład zabrać mnie na jakąś lokalną manifę i ramię w ramię ze mną maszerować i skandować hasła o równouprawnieniu, prawie kobiet do decydowania o własnym ciele, prawie do godnej pracy i zarobków równych zarobkom mężczyzn. Nazbierałoby się tych praw.

Tak, we Wschowie żadnej manify nie było. Ale też jak bardzo mógłby mnie mój mężczyzna zaskoczyć, on i jego koledzy, gdyby spróbowali taką manifę zorganizować.  Dla mnie. I dla wielu innych zaprzyjaźnionych i znajomych kobiet.

A zamiast manify na lokalnym portalu można było przeczytać wypowiedź pewnej prezeski stowarzyszenia, że dniem kobiet nie jest zainteresowana a od feminizmu trzyma się z daleka. Ta mocno konserwatywna, umacniająca chrześcijański patriarchat postawa spotkała się z krytyką czołowego wschowskiego blogera.

I cisza. I po dniu kobiet w naszym mieście.

audrey

Miasto jest mi wrogie

1963472-monitor-serca-z-odczytem-bpm-nakladanego-na-poczatku-linii

Karmię go ulubionym tiramisu, ale nie zwraca uwagi na delikatny smak deseru.  Nie zauważa w kieliszku wina – specjalnie na ten wieczór kupionego, mocno schłodzonego. Patrzy na mnie, a jednak przeze mnie.

Moja koronkowa bielizna, specjalnie dobrana pod kolor wina w kieliszkach, kontrastująca z kremową skórą, nie zostaje w ogóle zauważona.

Mogę się rozebrać do naga i nic, żadnej reakcji. Mogę się ubrać w stary dres i wyjść pobiegać i nic, bez jakiegokolwiek komentarza.

W jego oczach odbijają się słowa, wirują, przelatują i pojawiają się następne.   Zmarszczka na czole się pogłębia, usta zaciskają.

Czyta o mieście, niepokoi się o miasto, próbuje opowiedzieć o mieście, stara się je naprawić. Miasto, zbudowane z wirtualnych słów, hiperłączy, obrazków wciąga go całego.

Już nie ma mojego collage. Jest zafrasowany komentator, bloger, aktywista. Wchodzi w interakcję z innymi  zafrasowanymi komentatorami, blogerami i aktywistami.

Ze mną nie chce.  Nie ma czasu dla mnie. Nie ma czasu na seks. Nie ma czasu na wino ze swoją dziewczyną.

Miasto mi go zabrało. I dlatego muszę z tym miastem walczyć. Naprawić, dokręcić poluzowane śrubki, przemalować na żywsze barwy, uczynić  je przyjaznym. Żeby wygładzić zmarszczkę na jego czole, rozluźnić zaciśnięte szczęki. I zobaczyć znów miłość w jego oczach. Do mnie, nie do miasta.

audrey

Gdybym została burmistrzynią

kobietaBurmistrzynią albo chociaż radną. Osobą, która ma realny wpływ na politykę gminy, może tworzyć koalicje, porozumienia, kreować wizje, wdrażać programy. Przeczytałabym wtedy coroczne sprawozdania z działalności gminnych jednostek  i rozliczyła ich dyrektorów z tego, czego tam nie ma.

A nie ma nic o edukacji seksualnej, propagowaniu metody in vitro, zwalczaniu homofobii, zapobieganiu niechcianej ciąży wśród nastolatek.  Za to zbyt wiele jest o składaniu wiązanek pod pomnikami, uczestniczeniu w mszach, drogach krzyżowych, a nawet rozdawaniu pączków – w ramach tzw.  działalności kulturalnej.

Zamiast pączków, ckir mógłby rozdawać prezerwatywy. W mieście, w którym rodzicami zostaje coraz więcej niepełnoletniej młodzieży, każdy sposób zapobiegania niechcianej ciąży – a przy tym i chorobom przenoszonym drogą płciową – jest dobry.

W czytelni miejskiej mogłaby się odbyć publiczna debata o dofinansowaniu metody in vitro. Skoro Wschowa co i raz nazywana jest miastem emerytów, to zadbajmy o to, by każda rodzina, która chciałaby wychowywać własne dzieci, ale ich mieć nie może, zostałaby wsparta finansowo w próbie z in vitro.

Muzeum przygotowałby świetną wystawę o życiu seksualnym w poprzednich wiekach i w różnych kulturach, pokazując jak różnorodne są wzorce zachowań w tej właśnie dziedzinie życia. Rozszerzając przy tym nasze spojrzenie na sferę seksu oraz tabu, funkcjonujące w różnych społecznościach, nie  ograniczając się tylko do dominującego poglądu w społecznościach konserwatywno-katolickich.

Wszystkie placówki gminne mogłyby połączyć siły i przygotować projekt „Wschowa – miastem tolerancji”, walcząc z homofobią i uprzedzeniami do mniejszości seksualnych. Poza tym muzeum, biblioteka, ośrodek pomocy społecznej i centrum kultury wdrożyłyby wspólnie plan wyjścia w teren – w miasto, na wieś – z projektami poprawiającymi edukację seksualną mieszkańców gminy. Byłyby happeningi, warsztaty, uliczne spektakle teatralne, ulotki i kondomy.

Ale takie rzeczy we Wschowie, sprawozdania zawierające takie informacje z działalności jednostek samorządowych są tak samo prawdopodobne, jak to, że zostanę burmistrzynią.

audrey

Znowu wyłaniają się z ciemności nasze palce

sensDecydujemy się późną nocą na powrót do bloga. Jakaś widać epidemia w mieście. Ten się reaktywuje, tamten, a jeszcze inny nawołuje: pisać, pisać, pisać. Mówię do audrey: ale my nie musimy się odtwarzać. Nie jesteśmy, dlatego, że piszemy. Jesteśmy, bo tego chcemy. Tym się różnimy od wszystkich urzędników, blogerów, burmistrzów i ich zastępców. To, co od nas zależy, jest między nami. To, na co chcieliby mieć wpływ pozostali, znajduje się często na zewnątrz, poza nimi, dlatego pewnie muszą pisać. My, nie musimy.

Więc zasypiamy przy sobie i ten pomysł, że szkoda tego bloga, żeby tak się poniewierał na strychu i z kąta w kąt przemieszczał.  Pachniemy sobą jeszcze, nie sposób tak się nagle odróżnić. Potrzebujemy czasu, bo przecież jeszcze chwilę temu prawie umknęliśmy, zniknęliśmy, prawie nas nie było tutaj, w tym mieście, o tej porze, dla nikogo. A teraz ten blog. Więc potrzebujemy czasu. Bo jak tutaj zająć się myślą o blogu, kiedy przed chwilą wydawało nam się, a właściwie byliśmy przekonani, że udało nam się nas samych zgubić i byliśmy już nie my, nieznani, niekonkretni, nietrwali.

A teraz, skoro powrót do bloga i trzeba się wymienić opiniami, skoro na nowo się definiujemy i odtwarzamy z niebytu, skoro potrzebna jest decyzja, która wyłoni się z nas dwojga, a nie z nas w chwili, kiedy nie sposób powiedzieć czy to ja jestem audrey czy audrey jest mną. Wszystko to trwa, choć jest jeszcze nietrwałe. Czas się z nami przekomarza. Znowu wyłaniają się z ciemności nasze palce, usta, nosy, ramiona, znowu jesteśmy przy sobie, ale we dwóch odrębnych ciałach, wtedy tak, wtedy możemy zdecydować czy wracać do bloga czy nie. Bo wcześniej nie było na to sposobu.

collage

Po co komu bałwan

(tapeciarnia.pl)152022_balwan_cylinder_szalik_snieg-1920x1200Wyliczam: przyjdzie – nie przyjdzie, kocha – nie kocha. Wyliczanka nie ma końca, bo zamiast tradycyjnego obrywania kwiatka z płatków (gdzie tu zimową nocą znaleźć kwiaty do destrukcji?), liczę płatki śniegu. Za dużo tych płatków, za szybko spadają, nie dam rady wyliczyć czy kocha, czy nie. A płatki wirują, tańczą i oblepiają moją nieruchomą postać. I stoję taka zziębnięta, romantyczna bałwanka, bo może jednak kocha i przyjdzie. Tylko czy odczytał zostawione znaki, znajdzie okruszki, które prowadzą do mnie, a które śnieg systematycznie zasypuje.

Czy też okaże się bałwanem, ale bałwanem bez romantyzmu, bez intuicji. Potrzebującym syntetycznego głosu nawigacji, który zaprowadzi go do celu, potrzebującym dokładnej instrukcji, planu rozpisanego punkt po punkcie oraz uzasadnienia dla spontanicznej, śnieżnej randki.  I zamiast w słup soli zamieniam się w kulę śniegową.

I widzę, że mój kochanek toczy się daleko, na horyzoncie, toczy się jak kula śnieżna. I oczywiście rozgląda się bezradny, bo miasto oszczędza na energii, lampy palą się na przemian – ta zgaśnie, tamta się zapali. A ja, śnieżna bałwanka, wtapiam się w śnieg, jestem ze śniegu, zamieniam się w lód. Ruszyłam w jego stronę. Toczymy się do siebie, dwie kule śnieżne, coraz większe i większe. Nabieramy rozpędu.  Łączymy się, przymarzamy do siebie.
Gdyby ktoś jeszcze dołączył do nas – taka randka we troje – moglibyśmy udawać prawdziwego bałwana. Trzy kule, jedna na drugiej. A potem zmienić pozycję – druga pod trzecią a pierwsza nad nimi. Ale jak zaprosić w tym mieście kogoś do tak libertyńskiej zabawy? Nie uchodzi. Tu związki partnerskie, nawet te heteroseksualne są podejrzane. To jest miasto dla małżeństw, najlepiej konkordatowych. Tu się z ludzi bałwana nie zrobi?

audrey

Szybki rytm przedświąteczny

udane_zakupyprzyśpieszam kroku, pcham nerwowo wózek i wrzucam, dorzucam, ładuję, dopycham, i jeszcze to, i tamto, i – o właśnie miałam po to sięgnąć – a tu mi tyczkarz jakiś o rękach jak z gumy rozciągliwych, przed nosem, przed okiem, przed wywieszonym językiem

bo tyle tego już nabrałam, naściągałam, nawspinałam się na palce, naschylałam się, gnąc wpół, jak w ukłonach dla bożka konsumentów, no tyle tego przez moje ręce przeszło, kilogramy, miliongramy, tonaże

i język wypada zza zębów, bo walka o oddech i jeszcze językiem może bym mogła sięgnąć do tego towaru, bo rąk za mało, tu wózek, tam słoik, tu paczka, więc może językiem, ale gdzie tam, tyczkarz o rękach jak z gumy, a może i nie tyczkarz a raczej koszykarz, bo blokuje całe moje metr siedemdziesiąt na obcasach, no blok klasyczny

i nie dosięgnę, nie dostanę, nie będę posiadaczką super świątecznej promocji , limitowanej edycji, specjalnie przygotowanej dla klientów tej właśnie sieciówki, i jak to, ostatnia sztuka, a ja, ja nie kupię, nie dostanę, nie przyniosę do domu super ekstra niepowtarzalnej okazji za pół ceny

i koszyk taki pusty nagle, czarna dziura w nim, czarna dziura we mnie się otwiera, bo nie zdążyłam, nie dobiegłam, nie doskoczyłam, nie dopchnęłam się, nie dołożyłam do koszyka, do innych super limitowanych towarów-czarów- prawie darów, bo za pół darmo przecież

i jak ja teraz do bagażnika, a potem do domu z tym koszykiem prawie pustym, bo bez tej okazji sprzątniętej mi sprzed nosa, sprzed wywieszonego języka, przez tyczkarza-koszykarza z gumowymi łapskami, jak ja teraz wrócę,  czym półki, lodówki zapełnię, czym nakarmię, dokarmię, zaczaruję na święta

biedne, głodne moje kochanie

audrey