Kokosowa 100droga

raffPodróżnicy odeszli 100drogą – może na Madagaskar, gdzie nikomu się nie śpieszy, może do Bhutanu, gdzie istnieją rejony pradawnego matriarchatu, a może na zimną, melancholijną Islandię, która bywa  zmienna jak kobieta. A Wschowa, przez trzy dni rozświetlona, kolorowa i bardzo światowa, bo oddychająca atmosferą dalekich, egzotycznych krain, teraz jakby bardziej szara, smutna i mglista.

Mówię do niego – collage, może w mgłę, chmury, deszcz się wyprawimy, rowerami, po brukowanych bocznych drogach, kocich łbach, błotnistych wiejskich ścieżkach. Poszukamy jasnych barw, światła i słońca, gorących nocy, namiętności drgającej w powietrzu. Poszukamy miejsc przyjaznych kochankom.

Proszę – Wyjdźmy za próg, gdzie stopy poniosą; pójdziemy tak daleko, jak daleko ramiona wytrzymają ciężar plecaków; będziemy jak błędni rycerze i rycerki, szukać daleko swojego szczęścia, będziemy jak prawdziwi podróżnicy, złaknieni ciągle nowych miejsc i twarzy. Z każdym krokiem dalej od codzienności , aż codziennością stanie się ciągła zmiana i brak stabilizacji.

Ale mój kochanek tylko się uśmiecha, dotyka mojego policzka i mówi – audrey, mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki. W naszym pokoju mamy cały świat, egzotykę, podróże, tropiki. I szczęście. A nawet naszą prywatną 100drogę.

A ja biorę do ręki kuleczkę słodkiego raffaello i wytyczam wiórkami kokosowymi trasę naszej prywatnej podróży. Rysuję drogę od szyi do pasa po łagodnej dolinie jego pleców, zakreślam łuk ku łopatce, zmierzam do drugiej i znowu w dół, przepływam zatokę jego pasa, wspinam się na wzgórza pośladków. A kiedy kokosowa trasa jest gotowa, przemierzam ją językiem, badam zatoki, smakuję doliny, zachwycam się wzgórzami. A potem jest czas na eksplorację wnętrza kokosowej kuli-ziemi, ale tę przyjemność podróżowania migdałowo-kremowym  wnętrzem ciasteczka po mojej skórze zostawiam już dla mojego kochanka.

audrey

Mandarynki

mandW sklepie kupujemy mandarynki. Znowu spadł śnieg.  Mróz chyba zelżał, ale i tak chowamy się do sklepu i szukamy owoców rodem z klimatów tropikalnych. Mandarynki, mandarynki.

Tylko trzeba przyjść wcześniej, bo tak jak teraz, po pracy, późnym popołudniem, to najlepsze owoce dawno już zostały  przekartkowane. W siatkach, reklamówkach zaniesione do domów. Potem ktoś je obierał. W samotności albo i nie. Przyglądał się im, zastanawiał, kroił na mniejsze kawałki, wyciskał soki, próbował językiem, smakował.

Nam zostają resztki. Kilka pomniejszych kartonów, w których tłoczą się pomarszczone owoce, przekrzywione te kartony, chylą się tak, że przez chwilę mam ochotę zdjąć te wszystkie płaszcze, kurtki i czapki, włożyć na siebie odpowiedni do sklepu strój roboczy i ustawić wszystkie jak wieża pizza kartony w jednym, niekołyszącym się pionie.

I myślę jeszcze, ale dlaczego nam wybrano, schowano, ukryto lub zakopano przed nami te owoce? Dlaczego późnym popołudniem a nawet tuż przed zamknięciem sklepu nie doczekamy się jednej, świeżej mandarynki nawet gdybyśmy tutaj rozebrali się do naga na znak protestu.

I wtedy właśnie gdzieś na horyzoncie sklepu, gdzie kasy się kleją do klientów, a klienci przylegają do kas, widzę Audrey. Podchodzi, uśmiecha się z daleka i mówi: a ty osiołku, to dlaczego tak stoisz tutaj przy tych mandarynkach? Stoisz jak na balu, na którym nie szczególnie czujesz się atrakcyjny i przez te swoje samopoczucie odrzucasz od siebie wszelkie możliwe tańce, znajomości, rozkosze.  A ja w tym czasie zajrzałam do wszystkich lodówek, zamrażarek i półek, wybrałam, przejrzałam, mam cały koszyk. A ty? Tutaj? Co robisz? I już nawet nie czeka na odpowiedź. Jednym gestem wszystkie moje zmarszczenia i rewolucyjne myśli łagodzi. No chodźmy już – mówi – wybiegniemy stąd w śnieg, w poniżej zera temperatury i schowamy się przed wystrojem sklepów, które późnym wieczorem kuszą nas tropikami, ale w rezultacie nie mają do zaoferowania tej gorączkowej feerii barw.

Chodź, wybiegniemy stąd. Nie spóźnimy się, Nie musimy tutaj tak stać. Będziemy sami dla siebie mandarynkami. Soczystymi i słodkimi. Chodźmy stąd.

collage

Poczytajmy, kochanie

Skoro wspólne oglądanie filmów erotycznych jest przez wiele par traktowane jako swoista gra wstępna, to dlaczego nie potraktować w ten sposób wspólnego czytania tekstów o erotycznym zabarwieniu? On poczyta mi na głos, a ja jemu – pomyślałam. Seksownie obniżę barwę głosu, będę robić efektowne pauzy, wzdychać, rozkosznie ochować i achować, wymownie na niego spoglądać spod rzęs. On mnie zaskoczy jako nietuzinkowy lektor. Rozmarzonym głosem przeczyta pierwszy fragment, a zakończy żarliwym, energicznym głosem. Potem wspólnie będziemy wodzić wzrokiem po druku, pogłaszczemy okładkę, nawdychamy się zapachu farby drukarskiej. Czoło w czoło, policzek w policzek (okulary w okulary, jeżeli ktoś potrzebuje ich do czytania), tak, że bliżej już nie można leżeć koło siebie.

Pomysł rewelacyjny, bo i czas na seks i na czytanie się wtedy znajduje.

Proponowałabym nawet taką lokalną akcję – 15 minut dziennie, codziennie. Tyle, że szybko mogłoby zabraknąć dobrych książek erotycznych, które warto by było wspólnie poczytać. Można jednak rozszerzyć tę akcję czytania parami do jakichkolwiek innych interesujących nas książek pod hasłem: Książka – niedoceniany afrodyzjak. Od przeczytanych słów, miękkości okładki, gładkości stronic, oszałamiającego zapachu świeżego druku, tembru głosu partnera, barw ilustracji zawsze zrobi się namiętnie, nawet jeżeli treść nie ma nic wspólnego z seksem. A przy okazji poprawimy statystyki czytelnictwa we Wschowie.

audrey

Afrodyzjaki podlegają prawom fizyki

Seks w nazwie bloga zobowiązuje. Ale sam blog, to tylko temat zastępczy. Jeżeli seks nie pojawi się na ulicach, w marketach, na sesjach rad miejskich, na lekcjach wychowania do życia w rodzinie, to czy sam blog, osamotniony jak statek na dnie oceanu, może dokonać przewrotu?

Na to pytanie nie odpowiem przecież, niech inni się nad tym głowią. Jak to mówią: człowiek o seks pyta, a ludzie pieszczot się domagają.

Nie tylko seks w nazwie bloga zobowiązuje. Miasto również. Nie ma seksu bez Wschowy, tak jak nie ma Wschowy bez seksu. Wiemy o tym, ale staramy się raczej ubarwiać historię rozważaniami o gminie, polityce, społeczeństwie obywatelskim lub granicach dobrego smaku. A seks puka do drzwi. Skoro puka, to nie udawajmy, że remontujemy mieszkanie.

Więc skoro i seks i miasto w tytule bloga zobowiązują, to jeden z tych członów mógłby pełnić wdzięczną rolę afrodyzjaka. I  to musi być Wschowa, bo przecież nie seks.

Jest taka dziedzina życia, nauki, która podpowiada, że skoro w naturze, kosmosie nawet, funkcjonuje afrodyzjak, to jednocześnie na tych samych zasadach działa antyafrodyzjak, środek, który hamuje, powstrzymuje, nie pobudza seksualnie.

Dlatego warto odpowiedzieć sobie na pytanie czy Wschowa, jako miasto, przestrzeń, poszczególne miejsca w mieście – mają wpływ na nasze erotyczne doznania, czy też nie mają. Bo jeżeli pobudzają, to warto podzielić się spostrzeżeniami. Jeżeli natomiast seks we Wschowie jest nie do pomyślenia, czyli Wschowa nie jest afrodyzjakiem, ale jego przeciwieństwem, to znaczy, że Wschowa nie jest Wschową, ale antyWschową i trzeba by kogoś, kto chciałby dotrzeć do prawdziwej Wschowy.

A jak już ktoś się taki znajdzie i odnajdzie Wschowę w kosmosie, która sprzyja i seksownie inspiruje, wtedy niech komentarz pod wpisem zostawi i jak najszybciej tam się przeniesie, a potem nas sprowadzi.

collage