Wenus z Milo do poprawki

Szukam w pamięci tego momentu, kiedy zrozumiałam, że według collage nadaję się do poprawki. Przestałam być Wenus z Milo, elektryzującą kochanką. A nawet interesującą partnerką do rozmów.

Spowszedniałam, zużyłam się, opatrzyłam się. Nie odbijam się już w jego oczach.

Tyle jest nowych wyzwań, tyle spraw do załatwienia. Szkoda czasu na banały, Wiemy przecież, jak wyglądamy, nie musimy się już sobie przypatrywać, odkrywać na nowo. Wiemy, doskonale wiemy, co drugie z nas myśli, co odpowie. Możemy więc prowadzić rozmowy między sobą bez siebie – dialogi bez słów, bez jednej wypowiedzianej głoski.

Siedzę na wprost mojego kochanka, prostuję plecy, nie pozwalam się przytłoczyć brakiem jego spojrzeń w moją stronę, grymasowi znudzenia na twarzy, zniecierpliwionemu machnięciu ręki, którym chce moje słowa, mnie, odgonić jak natrętną muchę. Dotykam jego skóry.

Myślę: jeżeli collage dał się uwieść mitowi ciągłej zmiany, modernistycznemu urokowi nieustannego działania i już mnie, starej, od lat kilku dobrze znanej, nie widzi i nie słyszy, bo poruszam się zbyt wolno, jak żółw prawie, a on biegnie szybko jak półbóg, Herkules, walczy z potworami, czyści stajnie Augiasza, więc nie może zobaczyć mnie i usłyszeć, bo wzrokiem herosa patrzy setki mil poza mną a zanim wypowiem słowo, jego ucho jest już kilometry ode mnie. Dotykam więc go, bo może tak, choć na chwilę, zatrzymam go, przypomnę mu o sobie.

Zbyt się jednak z tym dotykiem ślimaczę i trafiam w pustkę. Nie jestem przecież Wenus z Milo, nawet nie jestem półboginią.

Zwykła kobieta ze mnie.

Zapomniane walentynki

imagesOdzyskałam swoje ciało.

Zaparowane lustro niechętnie dzieli się ze mną tajemnicami odbić swojej gładkiej tafli. Miękkie kontury, kolory jak zza mgły, gdzieniegdzie skrawek realności.

Tajemnicze krzywizny, powabne wzgórki, smukłe członki powoli tracą cechy dzieł impresjonistów. Mój lustrzany obraz nie składa się już z ciepłych, rozmazanych plam, tworzących ciało budzące pożądanie.

Wkradł się naturalizm.

Tajemnicze krzywizny i powabne wzgórki zmieniły się w wałeczki, boczki, zbędne zwały tkanki tłuszczowej, smukłe członki przeobraziły się w kolumny i toczone ramiona. I nagle jestem samymi biodrami, piersiami, brzuchem, udami, pośladkami.
Wszystkiego we mnie za dużo. Ciała, bladości, znamion, rozstępów, blizn.
Obserwuję każdy skrawek swojego ciała, szukam w nim tego, co Ty w nim widziałeś. Nie znajduję. Zniknęło razem z Twoimi pieszczotami i pocałunkami.

Teraz, kiedy nie mierzę już czasu naszymi kolejnymi spotkaniami, kiedy nie wystukuję kilka razy dziennie tych samych komunikatów sms, nie patrzę też na siebie Twoimi oczyma, zastanawiam się, co mam zrobić z tym odzyskanym ciałem.

Zasłonić kilkoma warstwami rzeczy, przykryć kocami, zniekształcić, uczynić niewidzialnym? Oddzielić od słońca warstwami filtru ochronnego, od deszczu ogromnym parasolem, od śmiechu dźwiękoszczelną zasłoną?
Ukryć przed miłością?

Poczekam, aż ze skrawków wspomnień, ciepłych słów, znajomych dźwięków, wspólnych miejsc wyłoni się z ciemności mój collage. Spotkamy się na skrzyżowaniu wschowskich ulic, wpadniemy na siebie, splątamy nasze języki, aż latarnie zaświecą jaśniej.
Powiem, gdzie byłeś mój osiołku?
A Ty na to, że ciemności, że zagubiłeś się, zachlapałeś błotem, szukając dla mnie walentynki.

audrey

Prezent na samotne wieczory

prosze_prezentDotykam palcami wgłębień w poduszce, rysuję profil. Tu nos, tam czoło, tu miejsce, którego dotykały kąciki jego ust. Odwzorowuję jego kochaną twarz. Tworzę jego ciało, tyle razy oglądane, zapamiętane, oswojone. Ciągle piękne i pełne tajemnic, które niechętnie przede mną odkrywa. Wodzę opuszkami po szramie pozostałej po dziecięcych zabawach w chowanego, liczę włoski na przedramionach, pieprzyki na plecach układam w drogę mleczną.

Szukam zapachu, wtulonego w pościel. Jego zapachu, mojego zapachu, naszego zapachu. Moje perfumy, żel do kąpieli, jego woda po goleniu, której nie lubię, a która dzięki niemu wydaje mi się cudownym aromatem, olejek do masażu erotycznego. I jeszcze woń nieprzespanej nocy, rozgrzanych ciał, zapach namiętnego seksu i spokojnego odprężenia. Zapach bliskości.

Nasłuchuję zagubionych dźwięków. Zbieram krople jego śmiechu, skręcam nitki rozmów, przędę obraz wspólnej nocy z urwanych okrzyków, przyspieszonych oddechów. Są i fragmenty naszych piosenek – ta na deszczowe wieczory, tamta na wietrzne poranki w górach, no i ta na samochodowe podróże. I jeszcze rozgrzane rytmy na słoneczne dni nad jeziorem, wspólne kąpiele na dzikiej plaży w nieskromnych strojach.

I jeszcze smak. Jedyny taki. Słono-słodki.

Z pudełka zwanego wyobraźnią wyciągam kolejne cząstki, elementy składam w większe fragmenty, z fragmentów tworzę wielowymiarową postać mojego kochanka. I z tego kolażu tworzę mojego collage. I jest przy mnie, kiedy zasypiam. Już nie samotna, tylko mająca więcej przestrzeni.

audrey

to męska rzecz, to żeńska rzecz

imagesMoi ulubieni wschowscy blogerzy zamiast cieszyć się końcówką lata tropią zawartość alkoholu w alkoholu albo sprawdzają ile jest miłości w miłości(ach).

A ja podążam tropem kondomów.

Że blogerce to nie przystoi? Bo rodzaj żeński ma na końcu, a typowo męskiej końcówki nie? A skoro nie ma tej końcówki, to nie ma i zapewne penisa, na którego można taką prezerwatywę naciągnąć. Po co więc istocie płci żeńskiej kondom na męski, bądź co bądź, organ? Od antykoncepcji ma pigułki, plastry, zastrzyki, wkładki  a od biedy małżeński kalendarzyk – nawet jeżeli żadnego męża nie ma. A prezerwatywa to męska rzecz.

Stereotypy? A jednak. W małym, prowincjonalnym miasteczku, a Wschowa niewątpliwie do takich należy, kupno prezerwatywy przez kobietę to nie lada wyzwanie. Tu każdy każdego zna a przynajmniej kojarzy z widzenia. I kiedy kasjerka w supermarkecie pyta mnie gromkim głosem: „To też pani?!”, trzymając w ręku paczkę klasycznych durexów, nie dziwią mnie szeroko otwarte oczęta pań i panów stojących za mną w kolejce. Przywykłam do niemego zdziwienia, że: kobieta, w tym wieku (z pewnością lata studenckie ma już za sobą i zdążyła się wyszaleć), matka dzieciom, nauczycielka/ radna/ dziennikarka/ urzędniczka (tu do wyboru – w każdym razie osoba prawie publiczna) kupuje gumki i nawet się z tym nie kryje, nawet śladu rumieńca u niej nie zobaczysz.

A ja owszem, kupuję, bo mój partner nie zawsze o tym pamięta i wcale nie uważam, że powinien. To, że kondom jest wsuwany na jego penisa nie oznacza, że to jest tylko jego sprawa, bo odpowiedzialność, bezpieczeństwo i komfort w trakcie współżycia zależy i należy do nas po równo.

Poza tym lubię sama wybierać kondomy, szukać nowych kolorów, faktur, bajerów. Prezerwatywa może być ciekawym, pobudzającym gadżetem erotycznym, jeżeli tylko chce się w niej zobaczyć coś więcej niż kawałek lateksowego kapturka, niewygodnego ale koniecznego.

O grach erotycznych będzie jednak innym razem

audrey

W głębi lasu, w pełnym słońcu

jedz_czeresnieŁyk wody, nie więcej. Nawet nie źródlanej, tylko zwykłej, mineralnej. Bez gazu oczywiście. Bez gazu, bo każdy przecież wie, że czereśnie i woda gazowana równa się problemom. A to ma być romantyczna wycieczka pośród krętych, nieuczęszczanych ścieżek powiatu wschowskiego.

Więc najpierw te czereśnie. Wszędzie las, sosny, trawa, ptaki śpiewają. Nie słychać nikogo, nie widać nikogo. I te wielkie, soczyste czereśnie, nabrzmiałe od soku, który spływa w kącikach ust, gdy collage je rozgryza. I ja smakuję jego usta, czereśniowe, soczyste, zlizuję z nich sok, wysysam z nich miąższ. Białe pestki, dowód uczty naszych obrotnych języków, wypluwamy daleko. Kto dalej ten zwycięża, ten zdobywa kolejną olbrzymią czereśnię. A później próbujemy sobie je nawzajem podkraść, wprost z ust do ust.

I łyk wody. Podnoszę głowę, oślepia mnie słońce i woda spływa mi po brodzie, szyi, za bluzkę. Collage zlizuje tę mokrą ścieżkę z mojej skóry, odchyla ramiączko i czuję, że moja pierś ciekawie przygląda się słońcu, a może to słońce przygląda się mojej piersi.  Mówię – collage, nie możesz mnie tak rozbierać w środku dnia, w środku lasu, na środku drogi; a co jak ktoś przejedzie, przebiegnie, przeleci i ta moja pierś, nie, już obie piersi, takie nagie, niezapakowane w cywilizacyjne konwenanse? A jeżeli nas ktoś obserwuje zza krzaków, zza drzewa, a może z samej satelity?

Ale collage pachnie lasem, a las pachnie nim i nie wiem czy bardziej gorące są jego usta czy słońce na moich piersiach. Słońce je rozświetla, rozgrzewa, aż sutki pęcznieją. Patrzę na moje piersi i wiem, że są najpiękniejsze pod tym słońcem. Dojrzewają w nim i nabierają słodyczy, zupełnie jak czereśnie. Collage myśli chyba tak samo, bo nie może się od nich oderwać.

I nagle mam pewność, że nie jesteśmy sami, że nie tylko słońce i collage oglądają moje piersi, nabrzmiałe i miękkie jak słodkie czereśnie.  Szepczę, kochanie, nie jesteśmy  sami, a on szybko przytula mnie mocno, otacza ramionami jak zasłoną. Stoimy nieruchomo, uwięzieni tym, co wypada,a co nie, w głębi lasu, w pełnym słońcu, pośrodku wcale nie wąskiej ścieżki.

On, intruz też stanął jak zahipnotyzowany, wpatruje się w moją skórę, roziskrzoną słońcem i pocałunkami mojego kochanka. I tak przez sekundę, a może lata świetlne spoglądamy na siebie, zupełnie nie speszeni. Tętent kopyt wyrywa intruza z osłupienia, czmycha prosto w zarośla, jak to zając. Collage okrywa moje piersi bluzką i kiedy jeździec wyłania się zza zakrętu rozgryzamy kolejną czereśnię. A ja myślę o tym, że seks w pełnym słońcu jest fantastyczny.

audrey