W głębi lasu, w pełnym słońcu

jedz_czeresnieŁyk wody, nie więcej. Nawet nie źródlanej, tylko zwykłej, mineralnej. Bez gazu oczywiście. Bez gazu, bo każdy przecież wie, że czereśnie i woda gazowana równa się problemom. A to ma być romantyczna wycieczka pośród krętych, nieuczęszczanych ścieżek powiatu wschowskiego.

Więc najpierw te czereśnie. Wszędzie las, sosny, trawa, ptaki śpiewają. Nie słychać nikogo, nie widać nikogo. I te wielkie, soczyste czereśnie, nabrzmiałe od soku, który spływa w kącikach ust, gdy collage je rozgryza. I ja smakuję jego usta, czereśniowe, soczyste, zlizuję z nich sok, wysysam z nich miąższ. Białe pestki, dowód uczty naszych obrotnych języków, wypluwamy daleko. Kto dalej ten zwycięża, ten zdobywa kolejną olbrzymią czereśnię. A później próbujemy sobie je nawzajem podkraść, wprost z ust do ust.

I łyk wody. Podnoszę głowę, oślepia mnie słońce i woda spływa mi po brodzie, szyi, za bluzkę. Collage zlizuje tę mokrą ścieżkę z mojej skóry, odchyla ramiączko i czuję, że moja pierś ciekawie przygląda się słońcu, a może to słońce przygląda się mojej piersi.  Mówię – collage, nie możesz mnie tak rozbierać w środku dnia, w środku lasu, na środku drogi; a co jak ktoś przejedzie, przebiegnie, przeleci i ta moja pierś, nie, już obie piersi, takie nagie, niezapakowane w cywilizacyjne konwenanse? A jeżeli nas ktoś obserwuje zza krzaków, zza drzewa, a może z samej satelity?

Ale collage pachnie lasem, a las pachnie nim i nie wiem czy bardziej gorące są jego usta czy słońce na moich piersiach. Słońce je rozświetla, rozgrzewa, aż sutki pęcznieją. Patrzę na moje piersi i wiem, że są najpiękniejsze pod tym słońcem. Dojrzewają w nim i nabierają słodyczy, zupełnie jak czereśnie. Collage myśli chyba tak samo, bo nie może się od nich oderwać.

I nagle mam pewność, że nie jesteśmy sami, że nie tylko słońce i collage oglądają moje piersi, nabrzmiałe i miękkie jak słodkie czereśnie.  Szepczę, kochanie, nie jesteśmy  sami, a on szybko przytula mnie mocno, otacza ramionami jak zasłoną. Stoimy nieruchomo, uwięzieni tym, co wypada,a co nie, w głębi lasu, w pełnym słońcu, pośrodku wcale nie wąskiej ścieżki.

On, intruz też stanął jak zahipnotyzowany, wpatruje się w moją skórę, roziskrzoną słońcem i pocałunkami mojego kochanka. I tak przez sekundę, a może lata świetlne spoglądamy na siebie, zupełnie nie speszeni. Tętent kopyt wyrywa intruza z osłupienia, czmycha prosto w zarośla, jak to zając. Collage okrywa moje piersi bluzką i kiedy jeździec wyłania się zza zakrętu rozgryzamy kolejną czereśnię. A ja myślę o tym, że seks w pełnym słońcu jest fantastyczny.

audrey

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s